Naprawdę
mam już dość szpitali, nowych diagnoz. Kiedy się to w końcu skończy? Mówiłam
mężowi, że jeśli Gosi koloryty się nie poprawią to pojedziemy do szpitala, bo
nie widzę innego wyjścia. W nocy z piątku na sobotę Gosiula nawet nie
potrzebowała tlenu. Zapomniałam Wam oświadczyć moi drodzy czytelnicy iż mój mąż
w końcu wziął się za opiekę nad Gosią. Z początku karmił sporadycznie, potem z 2
razy dziennie, a nie dawno nawet wstał w nocy (bo go wykopałam z łóżka by
nakarmił małą), ale się liczy. Także jak on ją karmił to bez tlenu dawała radę
i wypiła całe 60 ml. Dawaliśmy jej tylko 60 ml by się nie męczyła aż tak
ssaniem i próbowaliśmy jej dawać co 2 godz by dobowo wypijała swoją wartość
energetyczną. Rano obudził nas płacz, mała głodna i w dodatku sina. Gosia
podczas płaczu straszne się męczy i w dodatku robi oddechowy bunt (nie oddycha
przez chwilę). Taka nasza mała wredotka kochana :* Nie chciałam jechać do
szpitala bo nie chciałam znowu tam być, ale nie widziałam innego wyjścia. Podczas
drogi Gosia nie ciekawie wyglądała, jak znaleźliśmy się w Izbie Przyjęć od razu
nas przyjęli na „R”. Stan krytyczny, źrenice nie reagują na światło (ale Gosia
niedowidzi w końcu!), saturacja 40%, nie można znaleźć żyły by się wbić, wkucie
centralne, trzeba zaintubować, lekarze rzucali hasłami. Krótki wywiad odnośnie
stanu zdrowia i do podpisania papiery. Gośkę wzięli na intensywną, a nam kazali
czekać. Czekanie było dramatem, co robią z naszym dzieckiem?? Takie uczucie
towarzyszyło mi tylko raz podczas porodu jak zabrali Gośkę ode mnie i nie
wiedziałam co się z nią dzieję. Pół godz minęło, więc dzwonimy na oddział, pani
dr otwiera drzwi i mówi, że nie można wbić się do żyły centralnej (czy nie
można jej znaleźć, sama już teraz nie wiem). W końcu nas wpuścili po 2 godz.
Gosia leżała w pampersie, w łóżeczku obadulona prowizoryczną szpitalną kołdrą i
przykryta kocem. Podłączona pod respirator, który za nią oddychał, z tlenem 80%
-spała. Widok tych wszystkich urządzeń zwalał nas z nóg, co po chwile coś
alarmowało, czy tak głośno chodziło. Pani dr mówiła, że badania na różne
infekcje są ujemne i, że jej niewydolność oddechowa jest już spowodowana
zmęczeniem organizmu. Po prostu nasza iskierka się wypala. Te słowa nas
dobiły!!! Dobrze, że w aucie były tabletki uspakajające jeszcze po Polnej. W
domu nie byliśmy w stanie nic przekazać rodzinie, ja wysłałam tylko smsa do
mamy, że Gosia jest w stanie krytycznym, a ja nie mam siły gadać. Na
przemiennie płakałam i spałam, bez chęci do życia.
Czy
byliśmy za szczęśliwi w tym nieszczęściu, że Bóg nas doświadcza taką sytuacją? Drugi
raz pytałam się Stwórcy dlaczego??? Nie usłyszałam odpowiedzi. Przed oczami
miałam najczarniejsze myśli. Nie wiem, czy moja psychika tak działa i uodparnia
mnie (jeśli można się uodpornić na czyjąś śmierć) na najgorsze, ale z
doświadczenia wiem, że lepiej jest mi myśleć o najgorszym, a potem być mile
zaskoczoną obrotem sprawy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz